Administracja - zaloguj się!
Skontaktuj się z nami!
Web-Info
Startuj z nami!
Dodaj do Ulubionych!
On Line: 1
 Aktualności
 Informacje o klubie
 Zarząd klubu
 Drużyny Ch.K.P. Fablok
 Sponsorzy wspierający klub
 Informacje o stadionie i galeria zdjeć!
 Plan dojazdu na stadion
 Wyniki Pucharu Polski
 
 Wyniki I Drużyny
 Terminarz spotkań I Drużyny
 Skład I Drużyny
 
 
 Wyniki Akademii
 Terminarz spotkań Akademii
 Składy Akademi
 
 Historia klubu
 Największe sukcesy klubu
 Grali w Fabloku...
 Wyniki z poprzednich lat...
 Archiwum wiadomości
 
 Kibice Fabloku
 Lokomotywa - gazetka klubowa
 Wywiady
 Galeria zdjęć
 Sonda - Ankieta
 Linki i Bannery do ciekawych stron
 
 
Pomoż Alicji!
 
Pajacyk - polska strona głodu 
 

 WebInfo
 Administracja - zaloguj się!
 Skontaktuj się z nami!
 
 
 
 
 

Materiał źródłowy : Gazeta Rzeczpospolita 14.08.99 Nr 189

"Przedostatnia radosc"

Mecz towarzyski Polska - Węgry ; 27.08.1939 Warszawa

Od lewej stoją : Władyslaw Szczepaniak, Adolf Krzyk, Wilhelm Góra, Ernest Wilimowski, Edward Jabłoński, Leonard Piątek, Henryk Jaźnicki, Edward Dytko, Paweł Cyganek, Edmund Giemsa, Edward Cebula i rezerwowy bramkarz Marian Jankowiak.


27 sierpnia 1939

       W dziejach polskiego futbolu było kilka meczów niezwykłych. Ten do nich należy. Byłem na tym meczu. Odbył się w niedzielę 27 sierpnia 1939 r., w cztery dni po pakcie Ribbentrop - Mołotow, na kilkadziesiąt godzin przed powszechną mobilizacją. Przypadł na dni nabrzmiałe tragizmem i historią, a jednocześnie wskutek okoliczności odegrał w pewnym stopniu rolę pokrzepiającą serca, choć strzelano tylko piłką, a nie z armat.

Dziesiąte spotkanie z dużo silniejszym przeciwnikiem, który wprowadził nas na arenę międzynarodową jeszcze w 1921 roku i zawsze z nami wygrywał. Składy reprezentacji oraz informacja, że treningi prowadzi słynny brytyjski trener Alex James. Rok wcześniej Węgrzy zdobyli wicemistrzostwo świata - przegrali w finale z jak zawsze znakomitymi Włochami. Nasza reprezentacja gra co prawda nieźle, ale na Węgrów to za mało - panuje powszechna opinia.


„Coś się zbliża”

       Wieczór na pełnym światła i neonów Nowym Świecie. Jutro mecz. Spacerują tłumy. Przepełnione kina, kawiarnie, restauracje. Ze wszystkich krańców Polski wracają do domów tysiące mieszkańców stolicy. Pociągi z Helu i Wilna, Druskiennik i Krynicy wjeżdżają na warszawskie perony z niezmienną punktualnością. Przywożą opalonych i wypoczętych ludzi. Wielu kończyło wakacje nieco wcześniej. Było oczywiste, że coś się zbliża, a jednocześnie kończy, tylko nikt nie zdawał sobie sprawy, w jakich dokona się to rozmiarach. Zainteresowanie sportem było jednak niezmiennie silne. Toteż w dniu meczu przynajmniej na kilka godzin odżył nastrój, jaki zawsze wypełniał miasto, ilekroć pierwsze kopnięcie miało wprowadzić piłkę do wielkiej gry na powszechnie lubianym stadionie przy Łazienkowskiej.


„Bez szans, ale z wolą walki...”

       My z tenisowej Legii mieliśmy na piłkę nożną krótką drogę. Zwykle przed ciekawym meczem zbieraliśmy się na kortach i stamtąd przez małą furtkę porządkowi wpuszczali nas na teren stadionu piłkarskiego, kierując na dolną trybunę. Tego dnia nie przyszli tylko Adam Baworowski i Jurek Gotschalk, bo wyjechali do Monako na Akademickie Mistrzostwa Świata. Wrócili do kraju już w czasie wojny daleką, okrężną drogą od południa przez Rumunię. Byliśmy razem na meczu z Ignacym Tłoczyńskim, masażystą Kusocińskiego Marianem Mikołajewskim, była chyba także siostra Jadzi - Zofia Jędrzejowska i może ktoś jeszcze... Na trybunach zieleniło się w wielu miejscach, tam siedzieli widzowie już w mundurach.

Jak pochwycić i przekazać dalej to, co uleciało bezpowrotnie? Nastrój przed tym meczem. Było w nim coś z zapamiętania, z zanurzenia w parogodzinne emocje, by zapomnieć o tym, co niosła przyszłość. Brawa, owacja, składy drużyn, hymny. Przecież wszystko jest tak, jak było do tej pory. Dobrze znane sylwetki polskich piłkarzy i ten sam emblemat z orzełkiem na białych koszulkach. Pod dachem trybuny głównej głowa przy głowie. Szmer widzów. Ludzie rozglądają się, szukają znajomych. [...] Ostatnie prognozy: - Wygrać, nie wygramy, ale niech będzie na co popatrzeć - mówił siedzący obok sąsiad. "Bez szans, ale z wolą walki..." - takim tytułem opatrzył przed meczem długi artykuł "Przegląd Sportowy".

Gramy w składzie: na bramce - Krzyk (Brygada Częstochowa), w obronie - Szczepaniak (Polonia Warszawa) i Giemsa (Ruch Wielkie Hajduki ), w pomocy - Góra, Jabłoński (obaj Cracovia), Dytko (Dąb Świętochłowice), atak - Jaźnicki (Polonia Warszawa, a od 31. min. Baran - Warszawianka), Piątek, Cebula (obaj AKS Chorzowianka), Wilimowski (Ruch Wielkie Hajduki), Cyganek (Fablok Chrzanów). [...] Losowanie stron przez kapitanów, naszym był Szczepaniak, w asyście sędziego z Finlandii Pekkonena.


„Wlazł bies”

       Gwizdek sędziego. Pół godziny bezustannych ataków Węgrów. Wyraźna przewaga techniczna wicemistrzów świata. Krzyk paruje strzały, robinsonuje, rzuca się pod nogi, by wyłapać piłkę. Przychodzi kres. W 14. min. Zsengeller strzela z bliska nie do obrony. 0:1. Trybuny cichną, ale natychmiast ożywiają się, kiedy próbujemy przerzucić piłkę na stronę rywali. Nasze ataki kończą się na środku pola. W 30. min. składna akcja gości. 0:2. Gola zdobył Adam. Nie ma na nich rady.

Kiedy Polacy zepchnięci do obrony, ustępujący pod względem kunsztu piłkarskiego, zdawało się przegrają wysoko, raptem coś wstąpiło w ich szeregi. "Jakiś fluid poszedł z trybun na boisko. Bies wlazł w naszą drużynę" - powie po meczu prezes PKOl, płk. Gląbisz.

Nagle rozpoczęły się nasze raptowne ataki. Szły jak fala za falą i w trzy minuty później Dytko dalekim przerzutem podał do Piątka, ten głową do Wilimowskiego. Wilimowski swobodnie przebiegł z piłką kilkanaście kroków i przerzucił ponad wybiegającym bramkarzem. 1:2. Do końca pierwszej połowy to my byliśmy w ofensywie. Utrzymała się niemal do końca meczu. Szybkie, płynne akcje kończyły się groźnymi strzałami z daleka, czasem odważnym przebojem, w których celował Wilimowski. W 64. minucie Jabłoński przerzucił piłkę do Piątka, który błyskawicznie wypuścił Wilimowskiego. Ten rudy gracz, poruszający się jak kaczka na krzywych nogach, pozornie wolny i niedbały, kilkoma zwodami wyswobodził się spod opieki dwóch Węgrów, podciągnął i z bliska strzelił. 2:2.


„Bomba nie do obrony”

       W 11. minut później ręka Węgra Biro o parę kroków od ich bramki. Piątek bije karnego mocno. 3:2. W 60 sekund później przebój Wilimowskiego. Nie odebrali mu piłki. Kopnął ją na pozór lekko, ale była to bomba nie do obrony. 4:2. Jeden z widzów, nie wiedząc, jak wyrazić radość, otworzył parasol, który przyniósł nie wiedzieć czemu, bo niebo było bezchmurne. W ostatnich minutach Węgrzy doszli do głosu. Zdobyli gola, ale z wyraźnego spalonego, i sędzia nie mógł go uznać.

Kto był na tym meczu, nie zapomni go. Przedostatnia zbiorowa radość tamtej Warszawy. Ostatni wybuch entuzjazmu to 3 września, w następną niedziele, przed Ambasadą Brytyjską na rogu Smolnej i Nowego Światu, kiedy Anglia przystąpiła do wojny. [...]


„Trzy depesze”

       Ernest Wilimowski, zdobywca trzech bramek, to szczególna postać w dziejach naszej piłki. Rodem ze Śląska, słabo mówił po polsku i poczuł się Niemcem, kiedy ci zajęli kraj. W czasie wojny występował w niemieckich drużynach, mało wiec po wojnie pisało się o nim, a jeśli już, to negatywnie. Gwoli ścisłości, trzeba stwierdzić, że kopał piłkę wspaniale i w tamtych latach był jednym z najbardziej utalentowanych piłkarzy w Europie. Kapitan sportowy naszej reprezentacji - Józef Kałuża, po meczu oczywiście podkreślił jego znakomitą grę, zresztą cały zespół oceniono bardzo wysoko. Węgrzy z godnością przyjęli porażkę. Uznali, że byli zdecydowanie gorsi w tym dniu i nie mieli najmniejszych pretensji za podyktowanie karnego.

Trener Polaków, Szkot Alex James - tak się złożyło w tych niespokojnych dniach - nie był na meczu, był już w Anglii. Ale przysłał aż trzy depesze z ostatnimi instrukcjami. I on nie wierzył w zwycięstwo. Rady zmierzały głównie do tego, by wzmocnić obronę i, jak sie da, ewentualnie wymęczyć remis.

Znakomity znawca futbolu, red. Narcyz Suesserman (po wojnie pisywał jako Tadeusz Maliszewski), napisał w "Przeglądzie Sportowym" z 28 sierpnia 1939 r.: "Kiedyś po latach mecz Polska - Węgry w Warszawie będzie się wspominać jako wyjątkowe zdarzenie. Historykowi posłużyć może jako dokument epoki. Dla nas jest świadectwem, co zdziałać może w sporcie (czy tylko w sporcie?) ambicja, siła woli i ofiarność".

Autor : Bohdan Tomaszewski


Rozmowa z Henrykiem Jaźnickim - prawoskrzydłowym Poloni Warszawa , uczestnikiem tego meczu :

 

Kiedy i gdzie spotkała się reprezentacja przed tym meczem?

Spotkanie rozpoczynało się w niedzielę, 27 sierpnia o 16.30, a my zebraliśmy się kilka godzin wcześniej w jakimś hotelu, nie pamiętam już gdzie, i stamtąd pojechaliśmy na stadion Wojska Polskiego. Nie mieliśmy żadnego wspólnego treningu. Znaliśmy się tylko z boisk ligowych, zresztą nawet nie wszyscy.

Grał pan na pozycji prawoskrzydłowego, ale tylko przez pierwsze pół godziny. Dlaczego?

To był mecz towarzyski. Kierownictwa obydwu drużyn uzgodniły, że można dokonać tylko jednej zmiany, i to przed przerwą. Wiadomo było, że zagram i ja, i drugi debiutant - Stanisław Baran z Warszawianki. Kossok spytał mnie, czy chce grać w pierwszej, czy drugiej połowie. Wybrałem pierwszą. Moim przeciwnikiem był obrońca Sandor Biro, który rok wcześniej zdobył z drużyną tytuł wicemistrza świata.

Co panu szczególnie utkwiło w pamięci?

Wszystko pamiętam, ze szczegółami. Mogę opowiedzieć, jak przebiegały akcje. Ten mecz wygrał Ernest Wilimowski, który strzelił trzy gole, a czwarty padł z karnego po faulu na nim. Grał koncertowo. Wyjątkowy zawodnik. Jak zawsze, świetny był Leonard Piątek, zwykle najpracowitszy w reprezentacji. Bardzo dobrze prezentował się Edward Dytko, od którego rozpoczynała się większość akcji. Znakomity mecz na lewym skrzydle rozegrał debiutant Paweł Cyganek, który z Fablokiem Chrzanów występował na co dzień zaledwie w klasie A (zaplecze 1 Ligi Państwowej). Oni dawali sygnał do ataków, nie zrażeni nawet dwubramkową przewagą Węgrów.

Węgrzy byli nauczycielami Polaków i zwykle z nimi przegrywaliśmy. Jak to się stało, że nie załamaliście się ich prowadzeniem 2:0 po pół godzinie gry?

Może to dziś zabrzmi patetycznie, ale wszyscy byliśmy wtedy szczególnie zmobilizowani i bojowo nastawieni. Czuliśmy, że coś wisi w powietrzu, mieliśmy nadzieję, że wojny nie będzie, ale przecież trybuny były zielone, bo wiele tysięcy ludzi już miało karty powołania do wojska. Przyszli w mundurach i z maskami gazowymi. Czuliśmy jakąś jedność i to, że "nie oddamy ani guzika od munduru", przeniosło się na boisko. Wystarczyło, że przed meczem ludzie zaczęli śpiewać hymn. Wtedy brzmiał on szczególnie.

Tradycją były pomeczowe bankiety...

Taki panował przed wojną zwyczaj. Po meczu spotkaliśmy się z ekipą Węgier na bankiecie w nie istniejącym pałacu Kronenberga, ale nie było atmosfery do zabawy. Tylko oficjalne przemówienia, po lampce wina. Węgrzy spieszyli się na samolot i tego samego dnia odlecieli do Budapesztu. My do domów. W Warszawie obowiązywało już zaciemnienie. Następnego dnia, o 8 rano, stawiłem się jak zwykle do pracy w Komunalnej Kasie Oszczędności na Traugutta.[...]

Rozmawiał : Stefan Szczeplek


 
15.08.2015 Sparing

MKS FABLOK ChrzanĂłw 1
vs
:
Korona Lgota 1
22.08.2015 1 Kolejka
17:00
Victoria Zalas
vs
MKS FABLOK ChrzanĂłw
 
Klasa B - Grupa A
ďťż
  Drużyna M Ptk
1. MKS Fablok Chrzanów 20 53
2. Promyk Bolęcin 20 38
3. Ruch Młoszowa 20 36
4. Górnik II Libiąż 20 34
5. Korona Mętków 20 33
6. Victoria II Zalas 20 30
7. Górnik Siersza 20 11
8. Pogorzanka Pogorzyce 20 0
powered by © Tabelkownik 1.5
Klasa B - Grupa B
  Drużyna M Ptk
1. Polonia Luszowice 12 30
2. Ciężkowianka Jaworzno 12 27
3. Jutrzenka Ostrężnica 12 19
4. Ruch Młoszowa 12 19
5. ZWM Wodna Trzebinia 12 16
6. Zryw Kąty Chrzanów 12 12
7. Wolanka II Wola Filipowska 12 10
8. MKP Wodna Trzebinia 12 4
powered by © Tabelkownik 1.5

Bramki dla Fablok:
? - 0
? - 0
? - 0
? - 0
? - 0
? - 0
? - 0
? - 0
? - 0
? - 0


 
 
 
 
Copyright © www.FABLOK.net - Chrzanów 2003 - 2026